Patrzysz na wypowiedzi znalezione dla słów: Jeziora Australii i Oceanii

Matura na gorąco

wie,wie - już teraz wiedzą Jankesi nie wiedzą dalej, czasami nawet Europy nie zlokalizują


z brytolami jeszcze pol roku temy bylo tak jak pisalem teraz jak w kazdym kiosku, autobusie i budce z hamburgerami uslyszysz polskie dilekty itd to juz chyba wiedza hehe
ale francuzi sie ostro dziwili ze mamy internet
hehe a w australii zadanie na 6 z geografi to zaznaczyc niemcy francje w porownaniu ja na spr z geo musialem wkuwac ok 800 punktow (rzeki ciesniny gory depresje jeziora itd plus wszystkie panswta swiata -bylo trzeba np zlokalizowac dzibuti dominikana albo jakies wyspy z oceanii) ne mowiac juz o matematyce w tamtych krajach heh

 » 

Zagadnienia dla klas III - Australia i Oceania

Wyżyny, niziny, góry, pustynie:

- Wielkie Góry Wododziałowe
- Alpy Australijskie
- Nizina Środkowo - Australijska
- Wyżyna Zachodnio - Australijska
- Wielka Pustynia Piaszczysta
- Wielka Pustynia Wiktorii
- Pustynia Gibsona

Wyspy:

- Tasmania
- Nowa Zelandia
- Nowa Kaledonia
- Nowa Gwinea

Morza:

- Arafura
- Timor
- Koralowe
- Tasmana
- Salomona
- Fidżi

Cieśniny:

- Bassa
- Torresa

Półwyspy i zatoki:

- Półwysep York
- Zatoka Karpentaria
- Wielka Zatoka Australijska
- Zatoka Spencera

Rzeki i jeziora:

- Murray
- Darling
- Fitzroy
- Jezioro Eyre

powodzenia

Miejsca, które Was fascynują...

stolice Europy, mniejsze miasta z resztą też, kraje azjatyzkie oraz kraje oceanii, Australia, Nowa Zelandia, Rosja, Kraje Ameryki południowej, Hawaje, Bermudy, Bahama, Galapagos, Grenlandia, Afrykańskie jeziora i jaskinie, słone pustynie, Karaiby, Meksyk.... ale obawiam się, ze moje życie może być za krótkie na to wszystko..... no i nie tylko krótkie, ale ubogie w fundusze.....

Zadaj pytanie osobie poniżej...

Australia i Oceania. Chyba tłumaczyć nie muszę

Wolisz historię<realny świat> czy fantastykę? Dlaczego?

Edit: hmm jak podobają Ci się jeziora to do mnie wpadaj

Tak lubię dziką przyrodę, jest pasjonująca, ma zupełnie inne prawa niż nasz świat.

 » 

rybolów

Rybołów, ptak z rzędu drapieżnych (szponiastych) - Falconiformes, należy do rodziny rybołowów (Pandionidae) i jest jedynym gatunkiem reprezentującym tę rodzinę. Występuje w kilku podgatunkach w Europie, Azji, północno-wschodniej Afryce, Australii i Oceanii oraz w Ameryce Północnej i Środkowej. Zamieszkuje wybrzeża morskie, zadrzewione brzegi rzek i jezior oraz różnego typu rozlewiska i mokradła. Populacje europejskie zimują w Afryce i południowej Azji, populacje północnoamerykańskie - w Ameryce południowej, reszta podgatunków jest osiadła lub wędruje niedaleko (do południowych części rejonów występowania).

Rybołów osiąga długość ciała do 57 cm, rozpiętość skrzydeł do 165 cm i wagę 1120-1250 g. Samica jest nieco większa od samca. Upierzenie obu płci jest jednakowe: spód ciała i wierzch głowy brudnobiałe, wierzch ciała i skrzydła brunatne, na piersi i szyi szeroki pas brązowych plamek. Przez oko biegnie brązowy pas, który przez bok szyi dociera aż na grzbiet. Na głowie rybołowa znajduje się niewielki czubek. Ptak ten ma smukłą sylwetkę, długie i wąskie skrzydła oraz szaroniebieski dziób i nogi. W locie skrzydła rybołowa są charakterystycznie ugięte tzn., że nie rozkłada ich poziomo jak inne ptaki. Rybołów odżywia się oczywiście rybami. Nie chwyta ich jednak dziobem, jak inne ptaki, lecz - nogami. W tym celu spodnia część stóp wyposażona jest w ostre łuski, a palce zakończone są hakowatymi, ostrymi szponami. Z reguły żeruje pojedynczo, ale w przypadku obfitości ryb może gromadzić się w niewielkie grupy.

Rybołów gnieździ się w koronach wysokich drzew, czasami na ziemi lub na uskokach stromych brzegów. Zakłada też gniazda na sztucznych platformach lęgowych. W kwietniu-maju samica składa 2-3 jaja, które wysiadują na zmianę oboje rodzice przez 34-40 dni. Młode są gniazdownikami i pozostają w gnieździe ok. 9 tygodni. Młode osiągają dojrzałość płciową w wieku ok. trzech lat.

W Polsce rybołów jest gatunkiem nielicznie lęgowym gniazdującym głównie w północnych regionach kraju (na Pojezierzu Mazurskim, na Pomorzu Zachodnim oraz w Wielkopolsce). Należy do gatunków chronionych. Rybołowy można obserwować częściej podczas przelotów (wiosenny -kwiecień-maj i jesienny - sierpień-październik). ******************** Informacji zaczerpnalem z tej o to strony: http://ptakolub.gsi.pl/falconi.htm , na tej stronie znajdziecie rowniez zdjecia tego pieknego drapieznika.A tak poza tym , to ja tez go widzialem , ale nie w akcji , ale podczas przelotu.naprawde warto go zobaczyc.Pozdrawiam.

W obliczu apokalipsy... -Sytuacja geopolityczna

    Sytuacja geo-polityczna

    Jak się okazuje na skutek impaktu i towarzyszącym mu innym kataklizmom
najbardziej ucierpi nasza cywilizacja zachodu.
Stanie się tak ze względu na bezpo rednią blisko ć i niekorzystno c
miejsca udrzenia i towarzyszące całemu impaktowi inne kataklizmy.

    Fale trzęsień ziemi powstałe bezpo rednio przy imoakcie
zostaną szczególnie odczute na wybrzeżu północnego Atlantyku ,
i -jak się okazuje- skumulują się po drugiej stronie Ziemi , a więc
w okolicach Australii !
Wielu proroków zapowiadało tragiczną przyszło ć dla krajów położonych
na wybrzeżu Oceanu Spokojnego jak i wchodniego wybrzeża USA
W owych tragicznych wizjach nie były obce całe pęknięcia kontynentów.

    Piekło na Atlantyku

    Również tu tysiące lat temu zaginął kontynent . Przyczyną jego zagłady
był prawdopodobnie również impakt . Mowa oczywi ci o Atlantydzie.

    Trzęsienia ziemi i Tsunami dosłownie zmyją  z powierzchni ziemi takie
wysepki jak Azory czy Wyspy Kanaryjskie (Hiszpania); będą również
dotkliwie odczute na Islandii i Grenalandii (Dania).
    Ogromne trzęsienie ziemi przejdzie przez wybrzeże Europy
i Ameryki Północnej.
Edgar Cayke mówił nawet ginięciu całych kontynentów !
    Trzęsienie ziemi zrówna z ziemią miasta wzniesione ręką ludzką.
Autor książki "Nostradamus- Kto Przetrwa" przyrównał to wręcz
w następujący sposób:
"budowle spiętrzą się, a nastepnie opadną jak pudełka zapałek
na poderwanym do góry prze cieradle " " kiedy fala drgań
przebiegnie pod miastami ."
Całe miasta się zawalą , popękają gazo- i- rurociągi , ulegna zniszczeniu
rafinerie czemu będą towarzyszyły liczne pożary ,
zostaną zniszczone o rodki przemysłowe , jak również
i szlaki komunikacyjne .
Na wybrzeżu dopełnią potęgi zniszczeń tsunami , w dzierające się wręcz
w głąb lądu.

    powód ,
    Przetaczająca się dalej, zatopi wielkie kraje,
            (Nostradamus)

"Powodzie na niespotykaną skalę zaleją wszystkie kontynenty.
Tereny nizinne nawet z dala od morza zostaną zalane .(...)
Linie brzegowe zmienią się nie do poznania ."
        (E. Cayce)

    Tam za  gdzie nie dotrze powód  dopełnią zniszczeń trzęsienia ziemi.
W miastach położonych daleko od wybrzeża , popękane gazociągi ,
zbiorniki , obiekty przemysłu petrochemicznego , czy chemicznego
przyczynią się do powstania ogromnych pożarów .
Musimy sobie zdać sprawę z naszego niekorzystnego w tym przypadku
wpływu na naturę . Otóż przez ludzką działalno ć na powierzchnię
litosfery wydostała się duża ilo ć paliw kapalnych . Czego miejsce
w naturze samoistnie by się nie wydarzyło . Nie dotyczo to rzecz
jasna tylko paliw kapalnych...
Skutki impaktu - i również te po rednie- będą szczególnie odczute
w okresie rozwoju ludzkiego , w którym żyjemy obecnie...
Wracając do stkutków...
Pożary będą trwały dopóty niewyczerpią się wszystkie paliwa
(sztucznie umieszczone na powierzchni.)
Pożary jednak się przeniosą na lasy , łaki , pastwiska , pola uprawane.
W miejscach położonych blisko wybrzeża w cale nie będzie lepiej,
ponieważ powód  przyniesie z sobą zbyt duże ilo ci soli ,
dodatkowo obok soli będą trujące substancji pochodzące z wyciekająch
rafineri , czy obietktów przemysłowych na wybrzeżu .
O opłakanch skutkach wycieku węglowodorów do mórz mamy
okazję przekonywać się do ć często...
W domniemanej katastrofie sktuki wycieku trujących substancji
będzie jednak o wiele dodkliwszy nawet -przez co- powszechny ,
głownie z powodu siły   i  nie korzystno ci -z punktu widzenia
rozwoju naszej cywilizacji- czasu  i  miejsca geograficznego uderzenia !

    Ze względu na blisko ć miejsca uderzenia powodzie i trzęsienia
ziemi zostaną szczególnie odczute we wspomnienych archipelagach
na Atlantyku (gdzie mowa była 'zmieceniu tych wysp'),
jak i w Portugali , czę ci Hiszpani i we Francji;
a w Ameryce Kanada i Stany Zjendoczone , w Afryce
Maroko - które jednak będą osłaniały góry Atlasu , a także
Mauretania i Sahara Zachodnia .
    Fale skumulują się głównie , w deltach przesmykach wodnych,
kanałach , czyli w miejscach skoncentrowania się przemysłu.
Należy więc liczyć się ze zniszczeniami w kanale La Manche.
Fale zaleją - i pewnie już bezpowrotnie- poczę ci depresyjnie
położone gęsto zaludnione tereny Niderlandów .
Fale wedrą się też w głąb rzek . Tak stać się może
w przypadku Hamburga .
Również powodzie w Europie odczuje Dania .
    W niektórych - a raczej w wiekrzo ci przypadków - skutki powodzi
po uderzeniu będą szczególnie odczute na obszarach nizinnych...
Skutki powodzi będą do tego stopnia odczute , że
wyspy brytyjskie zostaną  "w pół zalane", (!)
(przez co "Wielki mastif bedzie wył".)
Fale zaleją  również Wchodnie Wybrzeż Ameryki:
    "Południowe stany takie jak Carolina i Georgia zostaną całkowicie
zalane. (...) Powód  potrwa kika tygodni.(...)
Wstrząs spowoduje , że czę ć wschodniego wybrzeża - wraz zmiastem
Nowy Jork porwane zostaną do morza."
    Zmiany tektoniczne będą tak znaczące , że...
    "Północna czę ć Europy zmieni się w oka mgnieniu
W okolicy Wschodniego Wybrzaąe USA wynurzy się nowy
kontynent"
"W wyniku wsztrząsu tektonicznego (słodka!) woda z Wielkich Jezior
spłynie do Zatoki Mekstykańskiej ."
                    (E. Cayce)

    Dodatkowo pojawia się problem powstania trzęsień ziemi,
- a przez to i powodzi - przez uaktywnienie się rejonu styku
afrykańsko- europejskiego .
O czym mówią również przepowiednie - uaktywnią się
wlkany Etna i Wezowiusz.

    Należy się liczyć , ze znacznymi zniszczeniami miast i całej zachodniej
Europy , i wchodniego wybrzeża Ameryki , w tym Nowego Yorku ,
który był obiektem wielu katastroficznych proroctw.
"Wielkie nadmorskie miasta nie zostaną obudowane . (...)"
            (E. Cayke)

    Ognisty Pier cień (NIE)-Spokojnego Oceanu

    Po drugiej stronie ziemi sytuacja będzie równie dramatyczna .
Trzesienie ziemi , które zostanie skumulowane na południe od Australi
zniszczy miasta w pobliżu , w tym Sydney , Moulbern , Canbera
New Castle itp. oraz Nową Zelandię.
Trzęsnia ziemi spiętrzą fale , które przedrą się przez
- więkrzo ći- niezinną Australię , a także  Zderzą się z wybrzeżem
Nowej Zelandii .
Trzęsienie ziemi w tamtym rejonie może również doprowadzić do zaburzeń
w skorupie ziemskiej i do uaktywnienia się sejsmicznie całego
Ognistego Pier cienia.
Geolodzy przewidują , że w ciągu najbliższych kilku lat zachdnienie wybrzeże
Ameryki Płn , Japonię itp. nawiedzi silne trzęsienie ziemi okre lane
przez nich mianem "the big one".
Uderzenie po drugiej stronie Ziemi może uaktywnić sejsmicznie ten
rejon i doprowadzając do "the big one", co w skutkach może się okazać
katastrofalne.

Fale powstałe na skutek skumulowanych po tamtej stronie ziemi
drgań w skorupie , oraz przez uaktywnienie się pobliskich wulkanów ,
wraz z seriami trzęsień ziemi powstałymi po uaktywnieniu się rejonu,
będą siać spustoszenie w krajach Regionu , a więc Japonii , Singapurze,
Indonezji, Malezji , Korei Płd . Dla mieszkańców Japonii , gdzie skutki
impaktu wraz z nadej ciem zimy poimpaktowej będą szczególnie odczute
nadejdą sądne dni.
   "Więkrza czę ć Japonii pogrązy się w oceanie)
            (Cayke)
Tsunami zderzą się również z Hawajami (USA) i następnie z wybrzeżem obu
Ameryk . Wezbrane morze będą dokonywały zniszczeń na zachodnim
wybrzeżu Ameryk , podczas wypełnieniania się proroctw związanych
z San Francisco i Los Angeles (ogrodem  wiata)

    Ogród  wiata, blisko rzek Pacyfiku,
    Na drodze Wielkiego Rowu;
    Zanuży się w wielkiej kadzi.
    Ludzie chorzy Będą zmuszeni pić zatrutą wodę.

    "Ziemia zatrzęsie się w zachodniej czę ci Ameryki" - Cayke

Słyszałem również , że pewien lodowiec z Antarktydy może się oderwać
i popłynąć na północ zalewając Los Angeles. (?)

    Reasumując

    Pojawia się więc spójny obraz , że nasza zdegenerowana cywilizacja
zachodu ucierpi stosunkowo najbardziej przez impakt.
    Wątpliwo ci mogą wystąpic co do skutków impaktu również w krajach
trzeciego  wiata.
Maroko -kraj arabski- również ucierpi bezpo rednio ucierpi ,
a w szczególno ci miejscowo ci położone na wybrzeżu.
Jednakże miejscowo ci takie jak Agadir , Casablanca
są "wizytówkami" nowoczesnego< Maroka. Są wręcz bardziej
europejskie , aniżeli arabskie.
Nie ulega jednak kwesti , że kraje nie"zachodu" również odczują
skutki uderzenia . Skutki te będą jednak stosunkowo niewielkie,
jakich dozna -również posrednio- Europa czy Ameryka Płn.

Co mozna zrobic dla MSP?


nie ma artykułu... czy przypadkiem masz na mysli ilość zestrzelonych przez marsjanską obrone planetarną sond z ziemii?



Dokladnie to mam na mysli, ze wobec tak bardzo podstepnego wroga jakim jest elvis244, wstyd to niewlasciwa reakcja.
Jestem zdania, ze na podstep musimy odpowiedziec podstepem - tu sie nie ma czego wstydzic, tu trzeba knowac.

Zarzad jest sparalizowyny i wyglada tak: [ ]
A czy widziales australijski MPV? - moim zdaniem jest czego sie wstydzic. Jakis czas temu Australijczycy schowali nawet ( przypuszczam ze ze wstydu wlasnie) deklaracje zalozycielska.

Badanie kosmosu to ryzykowna sprawa - to sie wie, ale z Marsem najwyrazniej cos jest nie tak. Kto za tym stoi?

"...Niemniej jednak eksploracja Czerwonej Planety to dlugie pasmo spektakularnych porazek, w których stracono miliardy dolarów. Sposród 35 misji marsjanskich podjetych od 1960 r. az dwie trzecie zakonczylo sie niepowodzeniem" - czy to tylko zwykly pech?

A tu masz caly artykul.

----------
Klątwa Czerwonej Planety
Dwie trzecie misji marsjańskich zakończyło się niepowodzeniem
Europejski lądownik marsjański Beagle 2 przepadł bez śladu. Nie wiadomo, czy 25 grudnia osiadł szczęśliwie na równinie Isidis Planitia bezpośrednio na północ od równika Marsa. Może utknął głęboko na dnie krateru, a może zawiodły delikatne obwody pokładowego zegara?
Specjaliści nie tracą nadziei, że uda się nawiązać łączność z tym aparatem, który miał szukać śladów życia i wody w gruncie tajemniczej planety. Próby przejęcia sygnałów z Beagle'a podejmowane będą do 17 stycznia. Ale już teraz eksperci oraz dziennikarze przypominają "klątwę Marsa". "Czerwona Planeta jest najbardziej niebezpiecznym celem wypraw kosmicznych. Niektórzy nazywają ją planetą śmierci.

Ja również tak ją nazywam", mówi Ed Weiler, jeden z dyrektorów amerykańskiej agencji kosmicznej NASA. Po fiasku kolejnej misji naukowców ogarnia najpierw rozpacz, a potem czarny humor. W centrach lotów kosmicznych USA, Rosji i Japonii krążą opowieści o upiorze galaktycznym, który czyha gdzieś między Marsem a Ziemią i druzgocze kolejne próbniki, a ich szczątki wypluwa w bezkresną przestrzeń kosmosu. Inni mówią o zemście Marsjan, których w 1976 r. rozsierdziły udane misje Vikingów. Te irracjonalne historie z zachwytem przejmują dziennikarze. Oczywiście, fiaska licznych wypraw zostały spowodowane przez awarie techniczne niezwykle skomplikowanych pojazdów kosmicznych lub banalne ludzkie błędy.

Niemniej jednak eksploracja Czerwonej Planety to długie pasmo spektakularnych porażek, w których stracono miliardy dolarów. Spośród 35 misji marsjańskich podjętych od 1960 r. aż dwie trzecie zakończyło się niepowodzeniem. O pechu mogą mówić zwłaszcza Rosjanie - na 18 wypraw radzieckich i rosyjskich automatycznych sond marsjańskich tylko cztery przyniosły sukces. A przecież rosyjskim inżynierom kosmicznym nie brakuje doświadczenia. 15 radzieckich lotów kosmicznych na Wenus przyniosło znakomite rezultaty. Mars jednak okazał się nie do zdobycia.

W 1960 r. dwie pierwsze sondy radzieckie Marsnik, które miały przemknąć koło Marsa, wkrótce po starcie runęły na Ziemię. Dwa lata później Sputnik 22 eksplodował na orbicie okołoziemskiej. Grad spadających szczątków tej marsjańskiej sondy zaktywizował amerykańskie systemy radarowe wczesnego ostrzegania. Były to najgorętsze dni kryzysu kubańskiego. Zaalarmowany Waszyngton o mało nie przeprowadził atomowego "kontruderzenia". W czerwcu 1963 r. radziecka sonda Mars 1 zamilkła w odległości 106 mln km od Ziemi.

W listopadzie następnego roku drugi człon rakiety nośnej Atlas-Agena uruchomiony został o 4 sekundy za wcześnie, na skutek tego amerykański próbnik marsjański Mariner 3 uzyskał zbyt małą prędkość. Na domiar złego doszło do awarii systemu energetycznego sondy. Mariner 3 - jak określiła to prasa - zaledwie kilka dni po starcie "skonał elektryczną śmiercią". W grudniu 1971 r. lądownik radzieckiej sondy Mars 3 łagodnie osiadł na południowej półkuli Czerwonej Planety, ale kamera przekazywała sygnały wizyjne zaledwie przez 20 sekund. Prawdopodobnie aparatura pokładowa została zniszczona przez szalejącą burzę pyłową. W marcu 1974 r. lądownik radzieckiego Marsa 6 przewrócił się na nierównym gruncie i zamilkł na zawsze, zaś Mars 7 na skutek błędów przelicznika pokładowego "nie trafił" w planetę i zniknął w mrokach kosmosu.

Oczywiście, niektóre wyprawy przyniosły sukces i poszerzyły granice ludzkiego poznania. W lipcu 1964 r. amerykański Mariner 4 przemknął koło Marsa, przesyłając 21 fascynujących zdjęć. Od listopada 1971 r. do października roku następnego Mariner 9 krążył po marsjańskiej orbicie i wykonał 7329 fotografii. W 1976 r. amerykańskie lądowniki Viking 1 i 2 osiadły szczęśliwie na Marsie i przebadały w swych laboratoriach pokładowych próbki gruntu, poszukując śladów życia (wyniki tego eksperymentu nie są jednoznaczne).

W lipcu 1997 r. amerykański Mars Pathfinder wylądował pomyślnie i wypuścił na czerwoną powierzchnię mroźnej, suchej, smaganej wichrami planety pierwszy marsjański pojazd samobieżny, Sojourner. Ten "marsochod" o napędzie elektrycznym aż do 27 września 1997 r. przemieszczał się codziennie w odległości do 10 m od statku macierzystego, przesyłając dane na Ziemię.

Ale nie skończyły się marsjańskie nieszczęścia. W sierpniu 1993 r. starannie zaprojektowany amerykański Mars Observer w doskonałym stanie dotarł w pobliże Czerwonej Planety tylko po to, aby zaginąć bez wieści. Prawdopodobnie doszło do wycieku paliwa i eksplozji. Jeden z projektantów misji, geolog Phil Christensen z Arizony, twórca supernowoczesnego spektrometru termicznego znajdującego się na pokładzie, był bliski łez: "Dziesięć lat pracy poszło na marne, ponieważ ktoś zapomniał, że zawory mogą przeciekać". Po utracie Observera przed placówką w Pasadenie, kierującą misjami planetarnymi NASA, odbyła się osobliwa demonstracja. Rozgniewani ludzie domagali się ujawnienia "prawdy". Twierdzili, że Observer odnalazł na Czerwonej Planecie ślady cywilizacji, lecz tę sensacyjną wiadomość ukrywają perfidne władze.

Radziecka sonda kosmiczna Mars 96 była wspaniale wyposażona. Niosła dwa lądowniki i dwie sondy penetrujące, które powinny wbić się w marsjański grunt na prawie metr. 16 listopada 1996 r., gdy statek kosmiczny został wystrzelony z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie, nie włączył się ostatni stopień silnika rakiety. Mars 96 zakończył swą krótką misję w Oceanie Spokojnym. Na dno poszedł ładunek wart 200 mln dol., będący rezultatem wielu lat trudów naukowców i inżynierów z 20 krajów.

We wrześniu 1999 r. amerykański Mars Climate Orbiter spłonął w atmosferze Czerwonej Planety. Prawdopodobnie do tego kosztownego fiaska doprowadził błąd programisty komputerowego, który wprowadzał dane w stopach, a nie w metrach, co fatalnie zmyliło elektronikę sondy.

Trzy miesiące później wysłany przez NASA Mars Polar Lander miał osiąść na skraju południowej czapy biegunowej i przeprowadzić przełomowe badania jej składu. Sonda znajdowała się zaledwie 100 m nad powierzchnią globu, kiedy komputer pokładowy błędnie uznał, że lądowanie już się dokonało, należy więc wyłączyć silniki hamujące. Polar Lander spadł jak kamień. Zdesperowani naukowcy doszli później do wniosku, że ten problem można by wykryć za pomocą jednego tylko testu.

Misja wystrzelonej w lipcu 1998 r. japońskiej sonda marsjańskiej Nozomi od początku przebiegała pod złą gwiazdą. Kosmiczny aparat zszedł z kursu, potem został uszkodzony przez wiatr solarny. Inżynierowie dokonywali nadludzkich wysiłków, aby Nozomi "zatankował" nową energię ze Słońca. Udało się tego dokonać, aczkolwiek wyprawa, zaplanowana na 15 miesięcy, trwała niemal pięć lat. W grudniu 2003 r. Nozomi (Nadzieja) znalazła się wreszcie w pobliżu Marsa, lecz zawiódł system nawigacyjny.

Sonda przepadła w bezmiarze kosmosu. Takie porażki powodują, że rządy są coraz mniej skłonne wydawać pieniądze na eksplorację planet. Mimo serii upokarzających porażek istnieje nadzieja, że już wkrótce marsjańska klątwa zostanie zdjęta. Nawet jeśli Begale 2 nie wyśle sygnałów, na orbicie Czerwonej Planety pełni przecież misję jego statek macierzysty, Mars Express, mający na pokładzie m.in. radar penetrujący, który jest w stanie wykryć wodę nawet kilka kilometrów pod powierzchnią planety. W styczniu br. na przeciwległych stronach Marsa mają osiąść amerykańskie ruchome lądowniki - Spirit i Opportunity. Pierwszy powinien przez trzy miesiące badać Krater Gusiewa, być może będący przed 4 mld lat rozległym jeziorem. Drugi wyląduje na równikowej równinie Meridiani, gdzie ma miejsce niezwykła koncentracja hematytu (rudy złożonej głównie z tlenków żelaza). Jeśli misja chociaż jednego z amerykańskich lądowników przebiegnie pomyślnie, prawdopodobnie znalezione zostaną odpowiedzi na fundamentalne kwestie - czy na Czerwonej Planecie płynęły niegdyś rzeki i padały deszcze, czy kiedykolwiek narodziło się tam życie?

Jan Piaseczny

Richard Lundgren - wywiad

W ostatnim nr Wilekiego Błękitu ukazał się wywiad z Traning Directorem GUE - Richardem Lundgrenem. Ze względu na ograniczoną ramówkę mógł się ukazać w wersji "mini".

Zapraszamy do przecztania wersji pełnej:

W lutym w Hurghadzie gościł jeden z założycieli Global Underwater Explorers – Richard Lundgren. Richard pochodzi ze Szwecji. Jest specjalistą w dziedzinie robotyki, programowania, zajmuje się podwodnymi produkcjami filmowych oraz obsługą sonarów bocznych. Jeden z założycieli Global Underwater Explorers (GUE), instruktor – mentor GUE. Opracowuje programy szkoleniowe dla tej organizacji jest też członkiem Training Council GUE (Rada ds. Szkolenia). Karierę nurka zawodowego zaczął w 1986 roku.



Richarda spotkaliśmy po raz pierwszy w Hurgahdzie w 2005 roku na naszym kursie DIR Fundamentals. Po raz drugi w Hurgadzie (i w Egipcie) był w lutym tego roku. Na kilka dni przed wylotem, udało nam się porozmawiać o GUE, o wrakach, historii, o Bałtyku i … zmotoryzowanej motywacji do nurkowania.

Urodziłem się z podwyższonym poziomem hormonu ciekawości…

Kiedy nauczyłeś się pływać?

Ale fajne pytanie…hihihi… Wydaje mi się, że dosyć wcześnie. Miałem wtedy pięć albo sześć lat. Mój ojciec pracował jako nurek zawodowy, więc z wodą miałem kontakt od zawsze i jest to dla mnie tak naturalne środowisko, że nawet się nad tym nie zastanawiałem. Ale wydaje mi się, że jak tylko nauczyłem się pływać pod wodą, zapomniałem trochę jak się pływa po
powierzchni.

Kiedy zacząłeś nurkować?

Bardzo wcześnie –mając 15 lat. Jest z tym związana ciekawa motywacja – bardzo chciałem mieć własnego gokarta, ale moją rodzinę nie było na to stać. Ojciec powiedział wówczas, że powinienem na gokarta zarobić i wciągnął mnie do prac podwodnych w swojej firmie. Zacząłem nielegalnie pracować podczas wakacji jako nurek zawodowy przy akacjach poszkiwawczo-wydobywczych na jeziorach. Pierwszy certyfikat otrzymałem mając 18 lat – zapisałem się na kurs OWD PADI, bo mieliśmy w planach wakacyjny wyjazd na pierwsze nurkowania dla przyjemności do Norwegii i potrzebny był formalny certyfikat. Kurs był trochę dziwny, bo miałem więcej doświadczenia niż instruktor.

W jakich systemach szkoleniowych (organizacjach) się szkoliłeś?

Pierwszy kurs to OWD PADI. Potem w ciągu kilku miesięcy doszedłem do poziomu Divemastera. W międzyczasie zrobiłem kurs nurka zawodowego w szwedzkiej marynarce (Swedish Navy Grade „A” Diver Work Permit). Wszystkie moje kursy miały ściśle określony cel – kurs był zawsze narzędziem. Gdy zaczęliśmy z kumplami nurkować w zalanych kopalniach pomyśleliśmy, że warto zrobić kurs nurkowania jaskiniowego, aby móc bezpiecznie planować i wykonywać nurkowania. Gdy zaczęliśmy nurkować na głęboko położonych wrakach, chcieliśmy znaleźć bezpieczny sposób na głębokie nurkowania. Napisaliśmy do George’a Irvina czy mógłby nas wyszkolić w zakresie używania helu. Odpisał jednym zdaniem: „Nie mógłbym”… dodał jednak, że zna fajnego młodego instruktora z Florydy, którego poleca…i tak spotkałem Jarroda Jablonskiego. Szkoląc się u niego w 1994 roku zdobyłem uprawnienia jaskiniowe (NACD i NSS-CDS Full Cave) oraz trimiksowe IANTD…. To były czasy…mieliśmy masę dobrej zabawy…

Jak przebiegała twoja kariera instruktorska – masz uprawnienia w wielu organizacjach szkoleniowych?

Pierwsze uprawnienia instruktorskie to uprawnienia PADI Open Water Scuba Instructor (1990). Potem zacząłem szkolić w IANTD. Jednak po założeniu GUE zrezygnowałem z aktywnego członkostwa w tych organizacjach, więc obecnie jestem wyłącznie instruktorem GUE. Po śmierci mojego bliskiego przyjaciela Steve’a Bermana w 2000 roku przestałem nurkować i szkolić. Ale po czasie stwierdziłem, że to jest moje życie. Nie nurkowałem wówczas przez półtora miesiąca – dla mnie to jak wieczność…Ale teraz wiem, że urodziłem się aby nurkować i uczyć.

Porozmawiajmy teraz o GUE – jak tam trafiłeś? Jakie były początki?

Jestem jednym z założycieli GUE. Pierwsze pomysły założenia organizacji pojawiły się w latach 1997-98. Znałem już wówczas Jarroda, George’a Irvina i nurków z projektu WKPP (Woodville Karst Plain Project). Jarrod był już po rekordowych nurkowaniach eksploracyjnych i nurkowaniach badawczych w tureckich górach Taurus. Pierwszym formalnym projektem GUE była wyprawa na wrak Brittanica w 1999 roku. Był to przełomowy wyjazd. Wielu z nas miesiącami jadło makaron, aby odłożyć pieniądze na tą wyprawę. Mieszkaliśmy przez miesiąc na malej wysepce Kea, prowadziliśmy ekstremalne i agresywne nurkowania, zawieraliśmy przyjaźnie – to wyprawa, która na zawsze będzie dla mnie ważna. To była TA wyprawa. Po tym czuliśmy, że jesteśmy gotowi, że mamy wspólną misję i że „nadajemy na tych samych falach”.
Na początku GUE to była grupka kilku osób z … wizją. Chcieliśmy połączyć szkolenie nurkowe i eksplorację w najlepszy z możliwych sposobów, dzięki opracowaniu logicznych oraz zdrowych zasad i technik nurkowania. Wiedzieliśmy, że nie da się stworzyć dobrego programu szkoleniowego, będąc nawet bardzo dobrym instruktorem. Trzeba być dobrym i aktywnym nurkiem. Doświadczenia nie da się kupić czy nauczyć – je trzeba mieć. Idea, która nam przyświecała (i nadal to robi) to stworzenie naturalnych procedur, które przez nurków będą uważane za naturalne, logiczne i bezpieczne.
Zdecydowaliśmy, że pierwszą rzeczą, którą musimy mieć w organizacji to…maszyna do drukowania certyfikatów  . Wiecie…takich plastikowych kart. Kupił ją nam mój ojciec. Ciekawy jestem, czy nadal jej GUE używa.

Wielokrotnie podkreślałeś, że GUE jest dla Ciebie bardzo ważne – dlaczego?

Dlaczego? Jestem częścią GUE. Zakładałem tą organizację. Jest dla mnie jak dziecko… Moja pasja do nurkowania jest tak wielka, że chcę je zmienić na lepsze. Jako, że GUE dąży do polepszenia poziomu nurkowania jako takiego, to jestem z GUE bardzo silnie związany emocjonalnie. Dla mnie GUE jest jak diament. Twardy, ale delikatny. A toczy się w lawinie wielkich kamieni… potrzebuje więc naszej miłości i opieki

Gdyby zapomnieć o „typowych” celach GUE – jak własnymi słowami określiłbyś czym jest GUE?

Dla mnie GUE jest „nosicielem” radości z nurkowania, przygód i odkrywania coraz to nowych możliwości. Z tym związane jest dążenie GUE do zwiększania poziomu świadomości opinii publicznej o świecie podwodnym, co naszym zdaniem spowoduje chęć ochrony tego środowiska. Dla mnie GUE jest jak trochę jak „lotniskowiec”. Transportujemy dzięki niemu nasze idee: edukację, eksplorację, badania i ochronę środowiska, a potem wypuszczamy je w świat.

Co uważasz za największe osiągnięcie GUE?

Moim zdaniem, największym osiągnięciem GUE jest ponowne połączenie szkolenia nurkowego i ducha przygody. Staramy się dać naszym kursantom narzędzie do zdobywania wspaniałych wrażeń. Zawsze staramy się przekazać, że nurkowanie to nie cel, ale unikatowe narzędzie do realizacji ich celów. Osoby uczą się nurkowania, bo są ciekawe. Bo pociąga ich to, co mogliby pod wodą zobaczyć. Jest to trochę powrót do korzeni, kiedy nurkowało się, aby coś odkryć, zobaczyć, znaleźć, zbadać – kiedy każdy nurek był pionierem.
Mam nadzieję, że długofalowym osiągnięciem GUE będzie zwiększenie świadomości opinii publicznej o podwodnym świecie, o zdrowym stylu życia, o nurkowaniu i samodoskonaleniu.
Nie chodzi mi o żadną rewolucję – mam nadzieję, że zmienimy małe rzeczy, które w przyszłości okażą się ważne.

Dlaczego GUE, w przeciwieństwie do innych organizacji szkoleniowych, nie zabiega o zdobycie jak największej ilości „klientów na kursy”? Czemu nie ma reklam GUE?

Naszą podstawową zasadą jest to, że nikogo nie chcemy przekonywać na siłę do nurkowania i szkolenia. Jeżeli ktoś chce podjąć naukę, jeżeli doszedł samodzielnie do wniosku, że chce się uczyć – wówczas powinien zgłosić się na kurs. Nie chcemy sprzedawać komuś czegoś, czego on tak naprawdę nie chce i nie potrzebuje. Nie chcemy przekonywać, że nurkować może każdy… bo nie jest to prawdą.

Kto najczęściej trafia na kursy GUE?

Najczęściej są to osoby z pasją, które oddane są… hmmm… jakby to powiedzieć….wodzie, podwodnemu światu. Po angielsku jest na to dobre określenie aquatic realm. Są to osoby, które są zaangażowane i gotowe do doskonalenia się. Są to osoby, które WIEDZĄ, że chcą i będą nurkować.

Jesteś współautorem programów szkoleniowych GUE – czy sądzisz, że szkolenia GUE są trudne? W opinii wielu osób kurs DIR Fundamentals jest niemal nie do przejścia. Czy takie było założenie twórców programu?

Kursy GUE są trudne – powinny być trudne. Każdy dobry program szkoleniowy musi być wymagający i musi stawiać nowe wyzwania przed uczestnikami. Po co mielibyśmy robić kurs, który nie jest ciekawy? Celem szkolenia jest stworzenie odpowiednich warunków do doskonalenia tak, aby po zakończeniu kursu mogli oni samodzielnie pracować nad swoimi umiejętnościami Każdy kurs wymaga od jego uczestników poświęcenia, zaangażowania. i pracy.
Kurs DIR Fundamentals jest trudny, albo i nie trudny – to zależy od tego, co kursant „przyniesie” na kurs. Jeżeli kursant jest przygotowany i zaangażowany, to sukces podczas szkolenia jest jak najbardziej możliwy – może osiągnąć poprzeczkę, którą określamy. Na szczęście poprzeczka jest ruchoma – gdy ktoś chce osiągnąć więcej i jest gotowy na to zapracować – poprzeczka wędruje do góry…

Dlaczego zatem zdarza się, że kurs DIR Fundamentals jest niezaliczany przez bardzo doświadczonych nurków z wysokimi stopniami?

Problemem jest to, że nie są oni wystarczająco zaangażowani. Podstawową ideą szkolenia nie jest „zaliczenie” czy otrzymanie certyfikatu. Celem jest nauczenie się czegoś nowego – rozwój własnych technik nurkowania i wiedzy. Jeżeli jesteś na kursie GUE nie płacisz za certyfikat, tylko za przekazywaną Ci wiedzę. Zdobywanie wiedzy i umiejętności powinno być najważniejsze dla kursantów... to MUSI być najważniejsze dla kursantów.
Instruktor GUE to raczej trener (z ang. coach), którego celem nie jest ocena kursanta, ale nauczanie i pomoc kursantowi w osiągnięciu poziomu wysoko postawionej poprzeczki. Moim zdaniem, zbyt wiele uwagi przywiązuje się do certyfikatu – do tej plastikowej karty. Bardzo często na kursach traci się mnóstwo czasu, bo kursanci na początku stresują się tym czy zaliczą, czy nie…czy dostaną certyfikat, czy nie. I właśnie z tego powodu szkolenie źle im idzie. Certyfikat nie jest ważny – ważna jest wiedza i umiejętności, które się na kursie zdobywa.
Jako instruktorzy GUE nie gwarantujemy otrzymania certyfikatu – chcemy gwarantować to, że się czegoś nauczysz, że podniesiesz swoje umiejętności.

Które projekty GUE, w których brałeś udział, zapadły Ci najbardziej w pamięci i dlaczego?

Z pewnością będzie to projekt z 1999 roku związany z nurkowaniem na wraku „Britannica”. Były to niezapomniane nurkowania, na unikatowym wraku. W tamtym czasie wysiłek, który musieliśmy włożyć w zorganizowanie takiego przedsięwzięcia spowodował, że naprawdę było to jednorazowe wydarzenie w życiu każdego z uczestników. Byliśmy jak „brothers in arms”.
Drugim projektem jest szwedzki projekt prowadzony wspólnie z Ocean Discovery i Muzeum Morskim w Kalmarze w wodach Bałtyku pomiędzy wyspami Gotlandia i Olandia. Jest to akcja polegająca na poszukiwaniach i dokumentacji wraków, które znajdują się na tym obszarze. Szacuje się, że może tam znajdować się ponad 400 wraków z różnych okresów – od XVI wieku po współczesne. Od 2000 roku, w którym zainicjowaliśmy projekt, odkryliśmy ponad 40 wraków leżących w przedziale głębokości od 30 do 90 metrów. Bałtyk jest wspaniałym miejscem nurkowym, gdyż jako jedyny pozwala na nurkowanie na nowoodkrytych, dziewiczych wrakach, które bardzo często są w doskonałym stanie – to trochę jak wejście do wehikułu czasu.

BRITANNIC 99 – wróćmy na chwilę jeszcze do tego projektu - czy możesz nam o nim opowiedzieć? Jakie głębokości osiągaliście, jakie były czasy nurkowań, ile trwała dekompresja, ile osób wzięło udział w projekcie, ile nurkowań wykonaliście? Czy masz jakieś szczególne wspomnienia związane z tym projektem?

Hmm… tam nurkowaliśmy…do dna. Najpłytsze nurkowania odbywały się na głębokości 90 metrów, najgłębsze na 140 metrach. Czasy denne wynosiły od 40 do 45 minut, co wiązało się z późniejszymi czasami dekompresji – do 6 godzin. Nurkowaliśmy wszyscy na obiegach otwartych – to był prawdziwy hard core. W wyprawie brało udział około 20 osób, z czego 12 nurków. Każdy z nas wykonał po 10 – 12 nurkowań. Była z nami jedna dziewczyna, która jednak nie nurkowała na samym wraku – była nurkiem zabezpieczającym. Jednym z moich niezapomnianych wspomnień jest dekompresja po jednym z nurkowań. Wisząc na 70 metrach z moim przyjacielem Stevem Bermanem, zauważyliśmy nad wrakiem dwa ogromne cienie rekinów – a w tamtym obszarze spotyka się tylko jeden gatunek dużych rekinów – żarłacze białe. Serce podeszło mi do gardła, tym bardziej, ze jedna z legend mówi, że Britannic’a strzegą dwa rekiny. Mieliśmy przed sobą trzy godziny dekompresji….wyobrażałem sobie wiele scenariuszy, które mogłyby się w tym czasie wydarzyć. Na szczęście nic się nie stało.

Jeden z projektów GUE to nurkowania na wraku polskiego niszczyciela GROM. Pierwsze nurkowania tam przeprowadziliście latem 2005 roku, Pracowałeś przy tym projekcie jako operator filmowy. Co Norwegowie myślą o tym okręcie?

W Norwegii szacunek do polskich marynarzy jest bardzo duży. Oni po prostu kochają ten okręt. W Narwiku nadal krążą historie o turnieju zestrzeliwania flag – zakładano się o to jak szybko załoga polskiego GROM-u zestrzeli niemieckie flagi z pojawiających się na horyzoncie okrętów. Wiwatowano im z brzegu…Największy pomnik w Narwiku to pomnik polskich marynarzy z GROM-u. Sam statek jest wspaniały, ma piękną historię – wrak niesamowicie pobudza wyobraźnię. Co innego oglądać zdjęcia, co innego dotknąć działka.
Jest to jeden z dwóch niszczycieli, na których można wykonywać nurkowania w tym obszarze - drugim jest okręt niemiecki GIESE. Nasz projekt rozpoczął się w dwa lata temu. Współpracujemy z Muzeum Wojny w Narwiku oraz z tamtejszym kapitanatem portu. Pozwolenia na nurkowania na tych wrakach wydawane są bardzo rzadko. Sam wrak nie jest bardzo trudnym miejscem nurkowym – ale ciężko jest zebrać dobrą ekipę, która mogłaby nakręcić film o wysokiej jakości – to ogromy logistyczny wysiłek. Naszym celem jest wyprodukowanie filmu na DVD i udostępnienie go publiczności.

Widzieliśmy materiał z Twojego nowego filmu z GROM-u. Jest tam fragment, kiedy zawróciłeś, aby nakręcić godło Polski z orłem. Dlaczego?

Gdybym był Polakiem chciałbym, aby ktoś zrobił to samo dla mnie. Wiem, że to bardzo ważne dla Polaków. To nie jest tylko kawałek metalu – to fragment historii. Dzięki temu wrak wraca do życia. Chciałem wyrazić szacunek i respekt dla Polaków oraz dla polskich marynarzy, którzy tam zginęli.

Czego możemy się spodziewać po GUE w najbliższym czasie?

W tym roku chcemy się skupić na szkoleniu instruktorów – jest bardzo wielu zdolnych i zaangażowanych instruktorów, którzy ciągle są w procesie uzyskiwania możliwości szkolenia. Chcielibyśmy im pomóc – zależy nam na tym, aby było więcej lokalnych instruktorów. Poza tym planujemy dokończenie materiałów szkoleniowych na kurs podstawowy GUE (podręcznik, workbook i prezentacja multimedialna) oraz opracowanie nowych wersji materiałów na kursy Tech1 i Tech2.
Z projektów nurkowych planujemy powrót na GROM oraz kontynuowanie projektu archeologicznego we Włoszech. Oczywiście będę nadal szukał wraków na Bałtyku w ramach Ocean Discovery.

Trudno nie zauważyć, że lubisz nurkować na wrakach – co Cię w nich pociąga najbardziej?

Bardzo lubię historię i nurkowanie – jak połączymy to razem, wraki wydają się logiczną koleją rzeczy. Nie lubię jednak wraków bez historii, które są tylko żelazną skorupą. Dobry wrak musi mieć historię – wtedy nurkując mogę w duchu zawołać „wow - to jest TO!”, niezależnie czy wrak jest „atrakcyjny” wizualnie czy nie. To jest nasze dziedzictwo i powinniśmy o nim wiedzieć. Nie jestem jednak poszukiwaczem skarbów – chodzi mi o odszukanie śladów w historii, potem znalezienie ich pod wodą i pokazanie innym. Bardzo ważne jest dla mnie poszanowanie wraków. Z jednej strony chodzi o szacunek dla osób, które zginęły podczas katastrofy danego okrętu – nigdy nie filmuję ludzkich szczątków i zawsze, gdy takie znajdziemy, radość z odkrycia wraku jest tłumiona przez smutek. Z drugiej strony nie szanuję i nie poważam osób, które niszczą, plądrują wraki i wyciągają z nich przedmioty. Musimy wszystkim uświadomić konieczność ochrony wraków. Nie mówię tutaj o ochronie ustawowej, bo taka może zaszkodzić nurkowaniu jako takiemu – wyobraźmy sobie, co się stanie, gdy rządy krajów wydadzą zakaz nurkowania na wrakach…w Bałtyku nie będzie już po co nurkować, a wiele wspaniałych wraków zostanie straconych na zawsze. Mówiąc o ochronie wraków myślę o prywatnych osobach i społeczności nurkowej – musimy wspólnie postarać się o ochronę wraków. Kilka dni temu w szwedzkiej gazecie ukazał się artykuł o plądrowaniu wraków – i jak to zwykle bywa, media nie pisały, że jest to w sumie rzadki proceder. W ten sposób być może w przyszłości będziemy „zawdzięczać” ustawę o zakazie nurkowania na wrakach nielicznej grupce nurków grabiących wraki.

Wróćmy do Twojej kariery instruktorskiej – jesteś instruktorem kilku dużych organizacji szkolących nurków technicznych – dlaczego wolisz szkolić w tak małej organizacji jaką jest GUE?

Kiedy zacząłem szkolić w GUE nie odnowiłem już żadnych innych uprawnień. Uczę tego, do czego jestem przekonany i moje nauczanie „pochodzi z serca” – nie mógłbym uczyć niezgodnie z moimi przekonaniami. Nie można stać jedną nogą na pokładzie łodzi, drugą na pomoście – w którymś momencie łódka odpłynie... Poza tym moje zaangażowanie w GUE pochłania większą cześć mojego czasu – nie mógłbym zaangażować się w inne działania

Zanurkujmy bliżej Polski – czy lubisz Bałtyk?

Uwielbiam – uważam, że jest to jedno z ciekawszych miejsc nurkowych.

Czy byłeś kiedyś w Polsce? Co chciałbyś w niej zobaczyć?

Tak – na lądzie byłem jeden raz w Trójmieście. Przyjechałem tam w odwiedziny do znajomego. W polskich wodach nurkowałem wielokrotnie – m.in. na Gustlofie i Steubenie. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę i zanurkuję.

Jakie widzisz możliwości rozwoju GUE w Polsce?

Uważam, że Polska to wspaniały kraj, który ma wiele możliwości. Macie bardzo dużo dobrych miejsc nurkowych – macie Bałtyk! Macie wiele możliwości realizacji projektów, które bliskie są ideom GUE. W Polsce jest wielu zaangażowanych nurków z pasją, którzy chcieliby działać zgodnie z zasadami GUE. Ale rozwój naszej organizacji w Polsce zależy od tego czy nurkowie będą chcieli się zaangażować i działać w ramach GUE. Mam nadzieję, że będzie dobrze… super dobrze.

Czy jest możliwe w miarę systematyczne szkolenie GUE w Polsce?

Tak – oczywiście. Idealnym rozwiązaniem byliby lokalni instruktorzy, ale na początek z pewnością będą przyjeżdżać do Polski instruktorzy zza granicy. Nie chcemy stwarzać konkurencji pomiędzy społecznościami nurków w Polsce, dlatego planujemy koordynowanie organizacji kursów GUE. Obecnie koordynacją zajmą się Dorota Czerny i Wojtek Filip, którzy co prawda pracują w Egipcie, ale działają bardzo aktywnie także w Polsce. Są oni aktualnie w procesie uzyskiwania uprawnień instruktorskich i zaangażowali się w działalność GUE.

Czy będą dostępne polskie materiały szkoleniowe GUE?

Tak. Zdajemy sobie sprawę, że potrzebujemy materiałów szkoleniowych w wielu językach. Ale potrzebujemy pomocy… dlatego zachęcam do tłumaczenia. Cały proces tłumaczenia musi być jednak koordynowany Trzeba pamiętać, że każde tłumaczenie musi być zaakceptowane przez główną siedzibę GUE na Florydzie. Dzięki temu będziemy mogli zachować jakość materiałów szkoleniowych.

Gdzie polscy nurkowie mogą szukać informacji o kursach GUE?

Głównym źródłem informacji jest strona internetowa GUE – www.gue.com oraz lokalne strony internetowe, które piszą o naszej działalności, na przykład strona wspomnianych wcześniej Doroty i Wojtka. Można także korespondować bezpośrednio z instruktorem, ale praktyczniej będzie kontaktować się z koordynatorami.

Wróćmy do Twojej osoby – nurkujesz na wrakach, w jaskiniach, używasz rebreathera oraz obiegów otwartych - skąd taka różnorodność? Czy nie lepiej byłoby działać tylko w jednym kierunku, np. nurkowań jaskiniowych?

Za długo już nurkuję, aby zajmować się tylko jednym aspektem nurkowania. Ale prawdą jest także to, że urodziłem się z podwyższonym poziomem hormonu ciekawości. Po prostu chcę próbować, odkrywać, sprawdzać, oglądać nowe rzeczy – a mogę to robić i na głębokim wraku, i w jaskini, i na płytkiej rafie koralowej. Dla mnie najważniejsze są nowe doświadczenia i przygody - nie ma znaczenia, gdzie się to dzieje.
Oczywiście dla różnych typów nurkowań i różnych środowisk powinno się posiadać właściwe przeszkolenie i sprzęt. Jeżeli w danym środowisku i warunkach, nie jestem bezpieczny – nie mógłbym ciągle tam nurkować. Nie jest sztuką zanurkowanie na 150 metrów raz. Sztuką jest takie opanowanie techniki nurkowania, że mogę nurkowania na 150 metrów robić wielokrotnie i bezpiecznie. Tak abym mógł o nich opowiedzieć moim dzieciom oraz czerpać radość z przyjaciół i rodziny.

Jaka jest średnia głębokość nurkowań eksploracyjnych, które prowadzisz?

Jest to zazwyczaj głębokość pomiędzy 60 a 80 metrów.

Jaka jest średnia długość Twoich nurkowań?

Pomiędzy 7 a 9 godzin. Zależy to od środowiska. Na przykład niezbyt mądrze jest nurkować bardzo długo w oceanie czy morzu, ze względu na zmienność warunków. W jaskiniach to odmienna historia.

Słyszeliśmy, że byłeś snajperem…?

Hehe…no tak. W wojsku byłem w próbnej jednostce, która chciała założyć oddziały specjalne zajmujące się niszczeniem czołgów (Panzer Rangers). Ja miałem funkcję snajpera i zwiadowcy. Przeszliśmy szkolenie walki w mieście, prowadzenia akcji za liniami wroga i akcji typu Search&Distroy. Do czynnej służby za granicami byłem powołany dwa razy – misją miała być była Jugosławia. Za pierwszym razem nie pojechałem, bo miał mi się urodzić pierwszy syn – wówczas żona powiedziała, że nigdzie nie pojadę…Za drugim razem jak do mnie zadzwonili, rodził się drugi syn…znowu nie pojechałem… Jak rodził się trzeci syn zadzwonił do mnie Jarrod i zaproponował udział w projekcie Britannic ‘99 – i tam pojechałem… Moje małżeństwo nie potrwało zbyt długo…

Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość?

Wrócić do Szwecji. Potem lecę do Australii, gdzie będę prowadził szkolenia do końca marca. Potem jeden tydzień w Szwecji, kilka dni w Wielkiej Brytanii i wracam z powrotem do Hurghady. I potem ciągle tak samo… Trochę to napięty terminarz, ale nie zamieniłbym go na inny…

A nurkowanie w Polsce?

Chcę wrócić na wrak Steubena. I nakręcić tam film dokumentalny w serii Traces of War, aby ludzie nie zapomnieli tragicznej historii tego okrętu oraz dwóch pozostałych – Gustloffa i Goyi. Mam nadzieję, że uda się to zorganizować jako polski projekt GUE…

Dziękujemy serdecznie za poświęcony czas i… do zobaczenia wkrótce pod wodą

INFO
Richard Eric Lundgren (ur. 1969)



Twoje hobby?
Bardzo lubię historię – ale nie polityczną. Ulubioną epoką jest Średniowiecze i okres II wojny światowej. A sporty oprócz nurkowania – szybkie samochody i Formuła I (po wielu latach udało mi się nareszcie kupić wymarzony sportowy samochód), parę lat temu zrobiłem też patent spadochroniarza i zawsze staram się wykonać minimum dwa skoki w roku, ale im jestem starszy, tym więcej mam szacunku do …wyskakiwania z samolotu Snowboard i zjazd (downhill). Skutery wodne.

Masz rodzeństwo – czy też nurkują?
Ma dwóch braci – też nurków. Młodszy jest ciągle aktywny, drugi zrezygnował z nurkowania na rzecz… komputerów. Powiedział, że lepiej się na tym zarabia. Mam trzech synów (jeszcze w wieku „przednurkowym”). Moja dziewczyna nie nurkuje... na szczęście.

Marzenie? Coś, co chciałbyś zrobić w życiu?
Podróż jeepami z rodziną i przyjaciółmi dookoła Afryki.

Ulubiona potrawa?
Sushi…

Ulubiony film?
Forest Gump i Władca pierścieni

Podglądanie wielkiej rafy

Ciepła woda w oceanie, kwitnące kwiaty, bujna zieleń – w Australii właśnie kończy się wiosna. To najlepszy czas, by się tam wybrać.

– Czekamy bardzo na święta Bożego Narodzenia. Ludzie spędzają je na plaży, pływają w Morzu Koralowym i piją szampana na piasku – opowiadała Kathy Thallon, odbierając mnie z lotniska w Cairns, na północy Queensland. W Australii wszystko jest na odwrót niż u nas – Boże Narodzenie wypada latem, ptaki nie latają, a ssaki mają torby.

Tak jak jej anglosascy przodkowie, Kathy ma blond włosy i bardzo jasną cerę. Po latach włóczenia się po świecie osiadła wraz z mężem Gabrielem (przystojny drągal z dredami ściągniętymi w koński ogon) w liczącym 120 tysięcy mieszkańców Cairns, na północy tropikalnego Queensland. Wychowują trzy córki i prowadzą pensjonat Tropic Days, który jeszcze w Polsce wybrałam na bazę dwutygodniowego pobytu w Australii.

Położony na obrzeżach centrum miasta pensjonat zanurzony jest w tropikalnym ogrodzie. Śniadanie można zjeść wśród palm, kwitnących bugenwilii i akacji. Przez okna palmy i bambusy wciskają się do pokoju. Choć jest listopad, temperatura sięga 30 st. C. Na szczęście wilgotność powietrza jest mała, upał więc zbytnio nie dokucza.

Do Cairns ciągną z całego świata amatorzy nurkowania w Wielkiej Rafie Koralowej. Z tego miasta jest do niej najbliżej (ok. 80 km). Australijska rafa to największa na Ziemi struktura stworzona przez żywe organizmy i największy park narodowy na świecie. Ma powierzchnię 350 tys. km kw. i rozciąga się na długości ponad 2 tys. km. Dzięki ograniczaniu liczby turystów Australijczykom udało się zachować ten skarb w dobrym stanie.

Korale lubią wodę czystą, ciepłą (do 28 st. C) i słoną. Nie żyją głębiej niż 30 m, bo potrzebują światła. Odżywiają się planktonem. Wielką Rafę tworzy 2600 małych raf różnego typu. Żyje w nich ok. 400 gatunków koralowców, 1500 gatunków ryb i ponad 4 tysiące gatunków mięczaków.

Niebezpiecznych stworzeń jest niewiele (np. ryby skorpiony mają trujące kolce), a groźnie wyglądające rekiny rafowe omijają ludzi z daleka.

Nemo na Hastings

W przestronnym terminalu portu w Cairns można kupić bilety na jedno- lub kilkudniowe rejsy na rafę połączone z nurkowaniem. Właściciele Tropic Days radzą wybrać firmę Compass, nie tylko dlatego, że jest najtańsza. – Ich statek nie wygląda może imponująco, ale za to firma ma licencję na nurkowanie w dwóch bardzo atrakcyjnych miejscach na rafie zewnętrznej – przekonuje Gabriel.

Rzeczywiście, statek trochę już przerdzewiał, za to załoga jest młoda, sympatyczna i fachowa. Turyści wypełniają ankietę na temat swojego zdrowia i podpisują oświadczenie, że nurkują na własną odpowiedzialność. Następnie załoga demonstruje nam, jak używać maski z rurką i akwalungu. Przypomina, że podczas nurkowania nie wolno niczego dotykać.

Po dwóch godzinach rejsu pod powierzchnią turkusowej wody zarysowują się cienie. To rafa Hastings. Statek staje na kotwicy, a załoga ogradza teren linami i bojami. Poza nie nie wolno wypływać. Jeśli ktoś zapuści się za daleko, ratownicy przywołują go gwizdkami.

Światło słoneczne wpada do przejrzystej wody i wydobywa z koralowców, ukwiałów i polipów bajeczne kolory. Rafa mieni się czerwienią, fioletem, różem, pomarańczowym. Koralowce przybrały fantastyczne kształty, tu pióropusza, tam krzewu, jeszcze dalej grzyba lub spodka. W tych podwodnych ogrodach falują żółte, fioletowe, niebieskie i zielonkawe ukwiały. Ich rurkowate parzące czułki, groźne dla zwierząt i ludzi, za nic sobie mają stada pomarańczowo- i czerwono-białych błazenków, drobnych rybek, bohaterów słynnej kreskówki „Gdzie jest Nemo”. Rybki mieszkają w ukwiałach, bo chroni je pokrywająca skórę śluzowa otoczka. Zawiera ona substancje powstrzymujące ukwiał przed wystrzeleniem komórek parzydełkowych. W zamian za lokum błazenki utrzymują ukwiały w czystości, uwalniając je do mułu organicznego.



Zadymka wśród korali

Mnogość stworzeń zamieszkujących rafę wprawia w zachwyt. W pobliżu Cairns najwięcej jest tęczowych papugoryb z pyszczkami w kształcie dziobów. Żywią się koralowcami, podskubując je nieustannie. Najstarsze osobniki dochodzą do metra długości. W ciągu życia ich kolor zmienia się trzykrotnie. Od szarożółtego przez czerwony do tęczowego. Jeszcze przed 30 laty uważano, że są to trzy odrębne gatunki.

Ich obyczaje są równie niezwykłe jak środowisko, w którym żyją. Potrafią żerować w wodach tak płytkich, że ogony wystają im nad powierzchnię. Noce spędzają w śpiworach – przezroczystych śluzowych otoczkach z wydzieliny skórnej. Śpiwór jest otwarty z przodu i z tyłu, co umożliwia przepływ wody.

W rafowych uskokach i kanionach pływają majestatyczne wargacze garbogłowe. Przypominają gigantyczne (mają nawet 2,5 metra długości i ważą do 190 kilogramów) dorsze o łuskach mieniących się zielenią i żółcią.

Wśród korali i ukwiałów nieustannie uwijają się pomarańczowe amfipriony, niebieskie rogatnice, stada czarno-biało-żółtych idolków o spłaszczonych ciałach. Wydłużonymi pyszczkami wyciągają bezkręgowce z zakamarków koralowych zwojów. Na dnie białym od miału koralowego stada arlekinów wzbijają chmurki pyłu. Ryby mają żółte płetwy i ogony, a na bokach biało-granatowe poziome paski. Dno rafy przeczesują miękkimi wargami.

Wśród nieruchomych półmetrowych fioletowych i czerwonych strzykw, przypominających wałki do ciasta, uwijają się czerwono-fioletowe barweny. Są bardzo cenione jako smaczne ryby jadalne, ale na rafie nie wolno ich łowić. Przedziwnie wygląda cytrynowej barwy czteroroga kostera – ryba półmetrowej długości. Przypomina wielką twarz z rogami, parą oczu i położonymi centralnie ustami. Przezroczyste płetwy po bokach falują niczym wielkie uszy.

Sympatyczne żółwie morskie lubią koralowe labirynty. Trzymetrowe szare rekiny rafowe z charakterystycznymi wydłużonymi pyskami przesuwają się przytulone do dna. Kto zanurkuje z akwalungiem, ma szansę spotkać pływające głębiej wielkie płaszczki – manty i raje oraz ławice długich srebrzystych barrakud. Te groźnie wyglądające ryby są ciekawskie i chętnie podpływają do nurków.

Późną wiosną i wczesnym latem (grudzień – styczeń) na rafie ma miejsce niezwykły spektakl. W noce po pełni księżyca w podwodnych ogrodach odbywają się koralowe gody. Tysiące korali wypluwają do wody obłoczki spermy i sznury jajeczek, by łączyły się i dawały początek nowym organizmom. Wielka rafa tonie w mgiełce.

Korona pożera rafę

Na australijskiej rafie jest ponad 600 wysp. Na południu są to wyspy piaskowe porośnięte gęstą tropikalną roślinnością. Bliżej brzegu leżą wyspy kontynentalne utworzone przez wystające z wody wierzchołki przybrzeżnych pasm górskich. Ponad 300 wysp na północnych rafach zewnętrznych to ławy koralowe zbudowane ze szkieletów martwych korali wystających ponad wodę.

Zielona Wyspa (Green Island) jest jedną z 69 ław porośniętych tropikalnym lasem. Z Cairns można do niej dotrzeć szybkim katamaranem w 45 minut. Wyspa ma 660 m długości i 260 m szerokości. Przez gęsty las wiedzie wiele ścieżek. Można przy nich spotkać drepczącego szybko ptaka przypominającego naszą perliczkę. To nogal – jeden z wielu australijskich nielotów. Samica składa jaja w kopcach, których utrzymaniem w dobrym stanie zajmują się wyłącznie samce.

W centrum wyspy znajduje się Marineland Melanesia – rodzaj zoo, którego największą atrakcją są wielkie akwaria z krokodylami i żółwiami.Tropikalny las otaczają białe plaże z darmowymi leżakami z parasolami, a całą wyspę – małe rafy, w których dużo czerwonych, niebieskich i fioletowych rozgwiazd. Wszystkie są drapieżnikami lub padlinożercami. Są tak silne, że potrafią otworzyć skorupę małża. Chociaż... zabiera im to około dziesięciu godzin.

Najgroźniejsza dla rafy jest rozgwiazda zwana Koroną Cierniową, cała pokryta kolcami. Zwierzę odżywia się polipami koralowca, dosłownie pożerając rafę. Według naukowców na australijskie wody rozgwiazda dostała się w latach 60. XX w balaście statku płynącego z Japonii.

Rocznie rozgwiazdy niszczyły wtedy około 80 km rafy. Tym łatwiej im to przychodziło, że zaczynało brakować ich naturalnych wrogów – ślimaków morskich trytonów. Ślimaki z kolei ginęły łowione przez poszukiwaczy muszli. Od 1979 r., gdy rafa została objęta ochroną, trytonów zaczęło przybywać i na rafę powoli wraca równowaga.

Towarzyskie papugi z Kobaburra

Fitzroy to wyspa kontynentalna, pięć razy większa od Zielonej, leżąca 30 km od Cairns. Zamieszkujący ją dawniej Aborygeni z plemienia Gongandji nazywali ją Kobaburra. Obecną nazwę nadał wyspie w 1770 r. kapitan James Cook. Do 1876 r. Fitzroy była miejscem kwarantanny Chińczyków przypływających do Australii do pracy w kopalniach złota.

Dziś cała jest parkiem narodowym porośniętym buszem i gęstym lasem. Pełno w nim kolorowych ptaków, gekonów, jaszczurek, w tym scynków i agam kołnierzastych, które zdenerwowane stroszą skórzastą kryzę wokół szyi.

W drodze na najpiękniejszą plażę wyspy – Nudey Beach – natknąć się można na zwisającego z gałęzi figowca trzymetrowego pytona. Nie jest groźny. Tak przynajmniej głoszą tablice informacyjne. W lasach żyją też kangury szare, jedne z wielu australijskich torbaczy, i kilka gatunków nietoperzy.

Największym zwierzęciem wyspy jest sięgający 1,2 m długości waran. Poznamy go po żółtych cętkach na ciemnofioletowej skórze. Jeśli w ogóle uda nam się go zobaczyć, jest to bowiem zwierzę niezwykle płochliwe. Waran poluje na drobne ssaki, jaszczurki i ptaki.

Tutejsze plaże nie są pokryte piaskiem, lecz drobnymi białymi koralami wyrzuconymi przez morze. Okazałe rafy przybrzeżne często odwiedzają rodziny żółwi morskich.

Wędrówkę w upale osładzają dzikie mango. Drzewa uginają się od dojrzałych żółtych owoców. Przez las pełen figowców, akacji i eukaliptusów można też dojść do tajemniczego ogrodu – zagajnika, który za mieszkanie wybrały stada papug, zimorodków i kuraków. Białe korellie to towarzyskie papugi tworzące duże stada podobnie jak żółto-niebiesko-czerwono-zielone lorysy.

Co kląska w namorzynach

Pierwsi biali mieszkańcy Cairns to zbieranina londyńskich złodziei, morderców i prostytutek zesłanych przez brytyjski wymiar sprawiedliwości do kolonii karnej, którą od 1824 r. był dzisiejszy stan Queensland. Dopiero 35 lat później dotarli tu z Anglii pierwsi wolni osadnicy. Dziś Cairns jest zielone, ładnie zabudowane kolonialnymi domami i bezpieczne. Najlepiej zwiedzać je na piechotę lub rowerem.

W oceanarium największe wrażenie robi kilkanaście gatunków rekinów. W miejscowym ogrodzie botanicznym można podziwiać dziesiątki storczyków we wszystkich kolorach tęczy, czerwone, przypominające wachlarze kwiaty imbiru, wielkie fioletowe heliconie. Drugą część ogrodu stanowi pozostałość lasu deszczowego, który jeszcze 150 lat temu rósł w miejscu miasta.



Przy Esplenadzie – reprezentacyjnej ulicy mającej po jednej stronie sklepy, po drugiej park przy brzegu morza – leży sztuczna laguna ze słoną wodą. To jedyne miejsce w mieście, w którym można się wykąpać, bo plaży tutaj nie ma. Kto chce zakosztować kąpieli w otwartym morzu, musi pojechać miejskim autobusem na tzw. Plaże Północne (około pół godziny drogi). Ze względu na niebezpieczeństwo spotkania z morską osą, meduzą, której parzydło powoduje kłopoty z oddychaniem mogące spowodować nawet śmierć, kąpiel dozwolona jest jedynie w miejscach ogrodzonych stalowymi siatkami. W listopadzie woda ma już ponad 26 st. C.

Z kolei przy lotnisku znajduje się las namorzynowy, przez który prowadzi szlak turystyczny – drewniana ścieżka na palach. Ogromne odsłonięte korzenie drzew przypominających nasze osiki zanurzone są w bagnie, które wydaje się nieustannie ruszać. To tysiące małych krabów żyjących w błocie wędruje, wydając przy tym odgłosy przypominające kląskanie.

Niełatwo rzucać bumerangiem

Przez 150 lat biali przybysze toczyli wojny o ziemię z rdzennymi mieszkańcami wyspy Aborygenami. Rugowali ich i zamykali w specjalnie tworzonych osadach. Dzieci aborygeńskich matek, wobec których istniało podejrzenie, że ojcem jest biały, były im odbierane i umieszczane w białych rodzinach zastępczych lub domach dziecka.

Aby wziąć ślub, Aborygeni potrzebowali zgody władz, podobnie na zmianę miejsca zamieszkania. Dopiero w 1984 r. dostali prawa wyborcze. W 1998 r. rząd wypłacił odebranym dzieciom i ich potomkom 63 mln dolarów odszkodowania. Przed kolonizacją w Australii żyło około 750 tys. Aborygenów. Dziś pozostało ich ok. 250 tys. Żyją biednie, średnio o 20 lat krócej od białych Australijczyków.

W Cairns tylko niewielkie grupki Aborygenów spotkać można na ulicach. Grube kobiety i mężczyzn o ciemnej skórze, szerokich twarzach i wydatnych nosach mijałam codziennie w drodze do centrum. Siedzieli na murawie stadionu, pod eukaliptusami, sączyli piwo, rozmawiali w swoim języku.

Choć ubrani w sukienki, spodnie, koszule, wydawali się nie z tego świata.Kulturę rdzennych mieszkańców przybliża turystom Tjapukai Aboriginal Cultural Park. Zbudowany za miastem kosztem 9 milionów dolarów kompleks mieści wioskę i teatr, w którym odbywają się pokazy tradycyjnego tańca. To największe w Australii przedsięwzięcie biznesowe Aborygenów.

Można tu przekonać się, że nie jest łatwo rzucać bumerangiem. Równie trudne jest wyplatanie z lian sieci do łowienia ryb i krokodyli czy rzucanie dzidą do celu.

Kuliste, pokryte korą chaty członków plemienia Tjapukai służyły tylko do spania. W dzień plemię polowało i zbierało owoce. Wiedzę o tym, które rośliny z lasu deszczowego są jadalne, które lecznicze, a które trujące, Aborygeni przechowali do dziś.

W Tjapukai Park goście mogą spróbować aborygeńskiej kuchni, w tym przysmaku tubylców, czyli pieczonych na korze tłustych, białych larw. Uczeni są także gry na didgeridoo – długiej drewnianej trąbicie z kawałka pnia wydrążonego przez termity. Aborygeni mówią, że wibrujący dźwięk didgeridoo jak żaden inny współgra z nastrojami ich duszy.

Pływanie w wulkanie

Kilometr w górę nad Cairns leży Płaskowyż Atherton. To inny świat. Powietrze jest tu rześkie, o kilka stopni chłodniejsze. Po horyzont ciągną się zielone pofałdowane wzgórza będące stożkami wygasłych wulkanów. Dzięki wulkanicznej glebie Atherton to jeden z najżyźniejszych terenów Australii. Uprawia się tutaj trzcinę cukrową, mango, ananas i zboża.

Niegdyś płaskowyż porastały gęste lasy deszczowe. Dziś pozostało ich niewiele, zaledwie jedna czwarta tego, co rosło 200 lat wcześniej. Choć Australijczycy niechętnie o tym mówią, pod koniec lat 90. XX wieku to oni wycinali najwięcej lasów na świecie. W Queensland znikało ich więcej niż w Amazonii. Te, które zostały, objęte są ochroną.

Park Jezior Kraterowych (Crater Lakes National Park) na płaskowyżu Atherton tworzą dwa zbiorniki wypełniające kratery. Brzegi jeziora Barrine porasta las deszczowy pełen wielkich figowców, paproci drzewiastych, drzew butelkowych o pniach wzdętych jak butelka. Las rozbrzmiewa dziwnymi odgłosami, ale w zielonej gęstwinie trudno wypatrzeć ptaki czy zwierzęta. Trzeba więc uwierzyć przewodnikom, że jednym z jego mieszkańców jest nadrzewny kangur Lumholtza.

Farmy na płaskowyżu są ogromne. Liczą po kilkadziesiąt mil kwadratowych, a ich właściciele hodują tysiące zwierząt. Farmerzy oferują gościom wiejskie jedzenie, konne wyprawy, spływy rzekami.

Gospodarstwo Woodleigh Station prowadzone od prawie 100 lat przez rodzinę Williamsów też przyjmuje turystów. Leży na zachodniej krawędzi płaskowyżu nad rzeką Wild. Do najbliższego miasteczka jest stąd 25 km. Budynki stoją wśród wyniosłych eukaliptusów, pod którymi wznoszą się wysokie na kilka metrów kopce termitów.

Przed domem kolekcja starych maszyn rolniczych i ogród pełen kwiatów. Zachowała się też prymitywna chata pierwszych farmerów, którzy osiedlili się tutaj w 1877 r. W środku narzędzia i naczynia, maszyny i meble dające pojęcie, jak żyli tu ludzie ponad 100 lat temu.

Nowy klimatyzowany dom stoi na skarpie nad rzeką. – Tu się kąpiemy i wy też możecie – gospodyni wskazuje szerokie rozlewisko. – Nie bójcie się, jeśli zauważycie krokodyla – dodaje. – To niegroźny krokodyl słodkowodny. Po tym oświadczeniu nikt jakoś nie ma ochoty na zanurzenie się w chłodnej, czystej wodzie.

Latające lisy z Kurandy

Pociąg do Kurandy (334 m n.p.m.) odchodzi z dworca w Cairns codziennie. Drewniane wagony przypominają te, które kursowały do górskiego miasteczka w XIX w.

Kolej poprowadzono do położonych w górach osad, by zapewnić zaopatrzenie górnikom z kopalń cyny. Dwa lata zabrało wytyczanie 34-kilometrowej trasy przez busz, lasy i góry. Sama budowa 34 km torów łącznie z przebiciem 15 tuneli zabrała pięć lat.

Pociąg pędzi z zawrotną prędkością 18 km na godzinę. Mija pola trzciny cukrowej, później wspina się pod górę i pokonuje kolejne tunele. W tunelu nr 6 w 1973 roku zamaskowani bandyci napadli na pociąg wiozący wypłaty dla robotników kopalń. Zrabowali pieniądze i uciekli drezynami. Nigdy ich nie schwytano.

Ostatni z tuneli jest najdłuższy, ma 490 m. W czasie jego budowy zawalił się strop i pogrzebał siedmiu robotników. Za tunelami pociąg wjeżdża w wąwóz Byrona, w którym leży elektrownia wodna na rzece Byron. Kuranda żyje dziś z turystów. Wychodzą stąd szlaki w góry, można też wsiąść na statek i popłynąć rzeką Byron, zobaczyć sanktuarium motyli australijskich oraz schronisko dla rannych i chorych nietoperzy z okolicznych gór. W siatkowych wolierach w równych rzędach wiszą rudawki zwane latającymi lisami.

Kate Hubbard prowadząca schronisko chętnie bierze na ramię latającego lisa. Przebudzony zwierzak prezentuje mordkę z dużymi oczami i szyję w białym kołnierzu futra. – To piękne zwierzę nikomu nie czyni krzywdy. Żywi się owocami. Niestety wycinanie lasów skazuje je na zagładę, dlatego próbujemy je ratować – tłumaczy i dziękuje za datek wrzucony do puszki.

[...]

Rzeczpospolita

Polskie ślady na mapie świata, czyli o Polsce bez granic

Nie wiem, czy to odpowiednie miejsce na ten artykuł, ale najwyżej się przeniesie



Polskie ślady na mapie świata, czyli o Polsce bez granic

Polska rzadko kiedy wymieniana była w gronie państw słynących z sukcesów podróżniczych i odkrywczych

Gdy myślimy o tych odkrywcach, dzięki którym na mapach znalazło się kilka dodatkowych kontynentów, którzy nazwali góry i rzeki lub po prostu szerzyli wiedzę o dalekich zakątkach – przychodzą nam do głowy takie nazwiska jak Krzysztof Kolumb, Henry Morton Stanley, Roald Amundsen czy David Livingstone.

Tymczasem mapa świata aż roi się od nazw geograficznych pochodzących od nazwisk Polaków.

Spośród najbardziej znanych miejsc nazwanych na cześć konkretnych osób, wyróżnić możemy dwa szczyty w koronie świata - Mount McKinley i Mount Everest, Kolumbię - od nazwiska Kolumba, całą Amerykę - nazwaną tak na cześć Amerigo Vespucciego, Jezioro Wiktorii, Zatokę Hudsona czy Cieśninę Magellana. Ale czy Polacy powinni się czuć niczym ubodzy krewni wielkich podróżników i osobistości, użyczających swych imion i nazwisk nowo odkrywanym miejscom na Ziemi? Jak się okazuje – nie do końca, gdyż mamy swój całkiem spory wkład w nazewnictwie geograficznym. Paradoksalnie to w tych najtrudniejszych momentach naszej historii, kiedy Polska jako państwo znikła z map, jej istnienie zaznaczono na nich w inny sposób. Kiedy wielu niepokornych rodaków nie chciało podporządkować się obcej władzy, niektórzy z nich zaczęli podróżować po świecie, dzięki czemu dzisiaj możemy zdobywać australijską Górę Kościuszki, czy być jednym z nielicznych państw posiadającym własną stację antarktyczną – nazwaną imieniem Henryka Arctowskiego.

Chilijski „Sługa Boży”

Otóż nawet obcojęzyczne źródła wymieniają przynajmniej kilka polskich nazwisk, które odcisnęły znaczący ślad na mapie świata oraz w historii odkryć geograficznych. Trudno powiedzieć, kto jest najbardziej zasłużony w tej materii, lecz z pewnością najwięcej śladów po sobie pozostawił Ignacy Domeyko. Zwany przez wielu „obywatelem świata”, urodzony w 1802 r. na terenie dzisiejszej Białorusi, znany stał się znacznie bardziej jako przybrany syn Chile - państwa, które uhonorowało go honorowym obywatelstwem i w którym dziś trudno znaleźć miasto, gdzie nie byłoby ulicy, placu, skweru czy pomnika Domeyki. Chile – kraj, o którego geografii mówi się, że jest szalona, to właśnie Domeyce zawdzięcza swą pierwszą mapę geologiczną oraz odkrycie niezwykle rzadkich złóż arsenku miedzi, zwanego dziś powszechnie domeykitem (dzięki austriackiemu mineralogowi Haidingerowi).

Ale Ignacy Domeyko nie przybył do Chile jako podróżnik. Zamieszkał tam na stałe jako chemik i mineralog, a potem działał przez lata jako profesor w Institució Nacional oraz rektor Universidad de Chile! I właśnie dzięki temu w Chile jego nazwisko można spotkać niemalże na każdym kroku! Wykaz miejsc geograficznych noszących imię Ignacego Domeyki znajduje się w ramce obok, choć nie można zapominać także o wspomnianych już niezliczonych ulicach Domeyki, pomnikach czy Muzeum Mineralogicznym jego imienia w La Serenie. Ba, w 1996 r. w Chile zawiązała się nawet inicjatywa wnioskujących o uznanie Domeyki za Sługę Bożego!

Australijski odkrywca

Oczywiście Domeyko nie jest jedynym powodem do dumy jeśli chodzi o polskie odkrycia geograficzne. Druga znana w świecie postać to Paweł Edmund Strzelecki – jeden z pierwszych badaczy Australii. Osobistość, o której w samych superlatywach wypowiadali się chyba najbardziej znani podróżnicy XIX wieku – Henry Morton Stanley oraz David Livingstone. Strzelecki był pierwszym Polakiem, który samotnie wyruszył w podróż dookoła świata, co miało miejsce w 1834 r. Po pierwszym etapie podróży, którym były Ameryka Północna, a przede wszystkim Półwysep Huron, oraz Ameryka Południowa – w 1839 r. zawitał do Oceanii. Tam dokonał swych najznamienitszych badań geologicznych; odkrył olbrzymie złoża złota, a także wspiął się na najwyższy - jak wówczas mniemano - szczyt kontynentu, który nazwał Górą Kościuszki. Później co prawda okazało się, że w Australii znajduje się wyższa góra od tej zdobytej przez Strzeleckiego –jednak w uznaniu dla jego zasług, nazwę przeniesiono na tę naprawdę najwyższą.

Strzelecki zdobył wielkie poważanie w geograficznym światku; szczególnie ceniono go za monumentalne, ponad 500-stronicowe dzieło pt. „Fizyczny opis Nowej Południowej Walii i Ziemi Van Dienena”, które na długie lata stało się wyznacznikiem wiedzy o Australii. To między innymi za tę publikację otrzymał z rąk Królowej Wiktorii ordery Św. Michała i Św. Jerzego, a także honorowy doktorat uniwersytetu w Oxfordzie.

Warto więc zatem przytoczyć fragment zapisków Strzeleckiego, pochodzących z jego dziennika. Zapisków, w których już wtedy określał Australię jako gościnną ziemię, o otwartych dla wszystkich gości ramionach: „Od czasu mego przyjazdu do Sydney nie mogę się nadziwić, czy naprawdę jestem w stolicy tej Botany Bay, którą opisywano jako "społeczność zdrajców", jako najbardziej zdemoralizowaną kolonię znaną w dziejach świata, jako posiadłość, która raczej rzuca cień niż blask na brytyjską Koronę... Tego samego wieczoru, zachowując wszelkie środki ostrożności, ochraniając mój zegarek i sakiewkę, uzbrojony w kij, zeszedłem na ląd... Tymczasem na ulicach Sydney panował niezmącony spokój, jakiego nie widziałem w innych portach Zjednoczonego Królestwa. Ani śladu pijaństwa czy bijatyk marynarzy, ani śladu prostytucji. George Street, Regent Street imponowały domami i sklepami, których styl przypomniał Londyn. (...) odtąd mam poczucie absolutnego bezpieczeństwa, a delikatny powiew łączy się z nastrojem i czarem samotnego spaceru! O dziesiątej wieczorem ulice są już puste.”

Na koniec krótka notka autorstwa samego… Karola Darwina, który otrzymawszy egzemplarz książki Strzeleckiego napisał tak: „Gratuluję Panu ukończenia pracy, która z pewnością kosztowała wiele wysiłku. Jestem zaskoczony wielością doniosłych spraw, o których Pan pisze. Niech wolno mi będzie wyrazić żal, że nie ma tam o wiele obszerniejszych wyjątków z "Dziennika podróży". Mam nadzieję, że pewnego dnia zostanie on opublikowany w całości... Z całego serca życzyłbym sobie, żeby choć czwarta część naszych angielskich autorów umiała myśleć i pisać językiem choć w połowie tak żywym, a przy tym prostym.”

Od Ameryki po Azję..

Strzelecki i Domeyko to nazwiska dwóch niezwykle zasłużonych dla polskich tradycji podróżniczych postaci, nazwiska nadal widoczne na mapach świata. Dzięki ich odkryciom rozsławione zostały na cały świat także inne polskie znamienitości. Na liście odimiennych nazw geograficznych widnieją nie tylko nazwiska innych podróżników, ale także m.in. żołnierzy, którzy położyli szczególne zasługi dla historii kilku obcych państw. I tu znów pojawia się… Tadeusz Kościuszko, którego imię nosi nie tylko najwyższa góra Australii, lecz również wiele miast w USA, gdzie Kościuszko uważany jest za bohatera narodowego ze względu na zasługi położone w okresie wojny o niepodległość. Jego nazwiskiem opatrzono też grupę wzgórz w Alpach Australijskich oraz wyspę u wybrzeży Alaski. Podobnie rzecz się ma z Kazimierzem Pułaskim, który z tego samego powodu co Kościuszko został patronem wielu amerykańskich miast.

Nie należy zapominać o osobach z pozoru nieco mniej znanych. Chociażby o Jadwidze Toeplitz-Mrozowskiej, artystce krakowskiej, która dzięki możnemu sponsorowi wiele lat poświęciła na eksplorowanie terytorium Azji. Dziś w Pamirze, w pobliżu Jeziora Zorkul, można się natknąć na Przełęcz J. Toeplitz-Mrozowskiej (oryginalnie: Passo J. Toeplitz-Mrozowska, nazwa nadana przez Włoskie Towarzystwo Geograficzne). Podróżniczka ta była jednym z najbardziej zaznajomionych z Cejlonem oraz górami i ludami Azji Środkowej (m.in. Kirgizami, Tadżykami) czy ludami Indii - naukowców.

Polskie ślady na Syberii

Jakże wiele polskich śladów pozostawiono na Syberii! Przyczyniły się do tego… klęski w powstaniach narodowych – styczniowym i listopadowym, po których to wielu Polaków wywieziono na Syberię lub też sami decydowali się na emigrację. Dotyczyło to przede wszystkim osób wykształconych, w tym wielu podróżników, badaczy i naukowców. W efekcie, jedne z najbardziej widocznych pasm górskich na mapie świata to Góry Czerskiego oraz Góry Czekanowskiego – i jedne i drugie na wschodzie Syberii.

Jan Czerski prowadził na Syberii wiele badań z zakresu zoologii, paleontologii i meteorologii. Tym zagadnieniom poświęcił blisko 100 książek, a na temat jego osoby oraz badań przez niego prowadzonych powstało prawie 200 publikacji innych autorów. Imieniem Czerskiego nazwano nie tylko olbrzymie pasmo górskie, ale również trzy gatunki zwierząt wykopaliskowych, górę, dolinę oraz stanowisko archeologiczne na Syberii, a także niewielkie miasteczko. Czerski był zesłańcem politycznym na Syberii, odbył tam karę za udział w powstaniu styczniowym. Jako zesłaniec miał bardzo ograniczone prawa, stąd sam musiał się zająć własnym kształceniem w zakresie nauk przyrodniczych. Kto jednak wie, czy Czerski tak by się zachował w pamięci pokoleń, gdyby nie Aleksander Czekanowski – również więzień syberyjskich obozów po powstaniu styczniowym, ale z bardzo już wówczas uznanym nazwiskiem w świecie badaczy.

Aleksander Czekanowski należał do grona najwybitniejszych badaczy Azji Północnej. Całe życie poświęcił Syberii, choć w Polsce wciąż jest słabo znany. Wiele jego dzieł wciąż jeszcze czeka na opublikowanie w Rosji, a na język polski nie zostały przetłumaczone nigdy. Ciekawostką jest to, że prawdopodobnie przyczyną śmierci naukowca było samobójstwo w wyniku posądzenia o kradzież pieniędzy na jedną z kolejnych wypraw. Czekanowski nie wytrzymał presji społecznej i przedwcześnie pożegnał się ze światem.

Bądźmy więc dumni z naszej spuścizny i odwiedzajmy miejsca, które w pewien sposób poszerzają granice Polski…

Pozostali „dawcy nazwisk” na mapie świata

    * Józef Sadowski — jeden z pierwszych polskich osadników w Ameryce z początku XVII wieku,; jego imieniem nazwano zatokę w widłach rzek Ohio i Mississippi, rzekę wpadającą do Jeziora Ontario oraz wyspę na tym jeziorze
    * Eugeniusz Romer — znakomity polski geograf, badacz Polskiego Towarzystwa Geograficznego, którego imieniem nazwano jeden z lodowców na Alasce
    * Henryk Arctowski — w 1899 roku doczekał się ochrzczenia swoim imieniem przez szwedzkiego podróżnika de Geera najwyższej góry na Spitzbergenie, a także położonego tam lodowca oraz jednej z wysepek archipelagu na zachodniej Antarktydzie.
    * Filip Baranowicz – zesłaniec z Warszawy; w 1878 r. założył miasteczko portowe na Alasce – Port Baranowicz
    * Władysław Barsz — był odkrywcą przylądka na Nowej Gwinei, nazwanego jego nazwiskiem
    * Maurycy August Beniowski — odkrywca Madagaskaru i jego późniejszy władca; uciekając z Syberii w końcu XVIII wieku, zatrzymał się na jakiś czas na Wyspach Komandorskich w dzisiejszej zatoce Maurycego. Po wylądowaniu na Madagaskarze w miejscu, gdzie obecnie leży Port Augusta, wielki Polak zginął jako król Malgaszów na Wzgórzu Beniowskiego w bitwie z Francuzami.
    * Stefan Bernadzikiewicz — odkrył najpierw i nazwał Szczyt Bernadzikiewicza w Górach Księżycowych w Afryce, później - w 1934 roku - został kierownikiem polskiej wyprawy na Spitzbergen, gdzie Norwegowie nazwali jeden z masywów górskich jego imieniem.
    * Karol Bogdanowicz — geolog, odkrył i pierwszy zbadał duże pasmo górskie w Azji Środkowej, gdzie dziś istnieje Grzbiet Bogdanowicza.
    * Eugeniusz Brodowski — inżynier geodeta, budowniczy kolei brazylijskich, upamiętniony został w Brazylii nazwą stacji kolejowej i miasta - Brodowski.
    * Witold Biernacki — fotograf polskiej wyprawy na Spitzbergen w 1934 roku. Stąd nazwa lodowca Biernackiego, nadana przez Norweski Instytut Polarny.
    * Adam Czartoryski — dla żołnierzy popowstaniowych założył nad Bosforem w 1845 roku polską wieś o nazwie Adampol. Obecnie wieś ta nosi nazwę Polonezky.
    * August Cywołka — polski badacz polarny z początków XIX wieku; jego imieniem nazwano zatokę na Nowej Ziemi, a także wyspy Cywołki na Morzu Karskim oraz u wybrzeży Syberii
    * Benedykt Dybowski — badacz Syberii, zesłaniec z 1870 roku. Jeden z najbardziej zasłużonych polskich podróżników. Jego imieniem nazwano Góry Dybowskiego na wyspie Beringa koło Kamczatki oraz Stację Dybowskiego - ośrodek badawczy nad Bajkałem. W 1934 r. na jego cześć jeden z lodowców na Grenlandii ochrzczono lodowcem Dybowskiego.
    * Jan Górski — osadnik polski na Florydzie (USA) upamiętniony przez nazwę Jeziora Górskiego (Górski Lake).
    * Kazimierz Jagiellończyk — ku czci polskiego króla Holendrzy nazwali w 1652 roku port na wyspie Tobacco na Antylach oraz fort przy ujściu rzeki De Laware –Kazimierz.
    * Mikołaj Korzeniowski — geograf rosyjski polskiego pochodzenia; odkrywca lodowców w Górach Ałtajskich na Pamirze i w górach Tian–szan na pograniczu Chin i Rosji. Oba noszą teraz nazwę lodowców Korzeniowskiego.
    * Ignacy Kraszewski — znakomity polski pisarz, został uczczony przez wyprawę Rogozińskiego nadaniem jednemu ze szczytów w Górach Kameruńskich w Afryce nazwy Góry Kraszewskiego.
    * Ignacy Kosyrzewski — pierwszy osadnik polski na Alasce. Znajduje się tam rzeka Kosyrzewskiego oraz wieś Kosyrewka, a także podobnie nazwana wieś i rzeka na Kamczatce.
    * Włodzimierz Krzyżanowski — generał i pierwszy gubernator Alaski. Jego nazwiskiem Stefan Jarosz opatrzył górę na wyspie Kościuszki u wybrzeży Alaski.
    * Ernest Malinowski — inżynier, budowniczy najwyżej biegnącej linii kolejowej na świecie. Jego nazwiskiem nazwano pasmo górskie w Andach w Peru.
    * Jan Molleson — 15–letni zesłaniec filareta, wywieziony w 1824 roku z Wilna na Syberię nad rzekę Szyłkę. Umarł w pobliżu góry noszącej później imię Mollesona.
    * Jan Potocki — pierwszy polski orientalista, jego pamięć uczciła niemiecka wyprawa Klaprotha, nadając jednemu z archipelagów u wybrzeży Chin nazwę Archipelagu Potockiego.
    * Mikołaj Przewalski — naukowiec, odkrywca rasy koni (konie Przewalskiego), badacz Syberii. Od jego nazwiska pochodzi nazwa Góry Przewalskiego w Tybecie, a także Przewalsk – miasto u stóp Ałtaju, gdzie uczony zmarł w 1888 roku, lodowiec w górach Ałtajskich, przylądek na wyspie Ituruk w archipelagu Kurylskim oraz przylądek na Jeziorze Bonneta na Alasce.
    * Stefan Rogoziński – własnym nazwiskiem nazwał górę odkrytą przez polską wyprawę do Kamerunu, której to przewodził. Na cześć swojej żony „Szczytem Honoraty” ochrzcił jeden z wierzchołków Góry Bogów w Kamerunie.


Polskie nazwy na mapie świata

Calle Domeyko – ulica w wielu chilijskich miastach, takich jak np. Antofagasta, Chanaral, Coquimbo, La Serena, Los Angeles, Punta Arenas, Santiago de Chile, Valparaiso itp.

    * Czerskij – niewielkie miasto na Syberii nad Kołymą
    * Dolina Czerskiego – dolina na przedgórzu Sajanów
    * Góra Czerskiego – góra położona w Górach Bajkalskich (2558 m n.p.m.)
    * Góra Strzeleckiego – najwyższa góra w paśmie Crawford Range, na północ od Alice Spring
    * Góra Strzeleckiego – niewielka góra w Paśmie Murchisona w środkowej Australii
    * Góry Czekanowskiego – bardzo duże pasmo gór w Syberii
    * Góry Czerskiego – jedno z większych pasm górskich na Zabajkalu, o wysokości do 1500 m n.p.m.
    * Góry Czerskiego – najwyższe w Syberii Wschodniej pasmo górskie o długości 1500 km, rozciągające się od Zabajkala po północną Jakucję. Najwyższy szczyt to Pobieda o wysokości 3147 m. n.p.m.
    * Góry Domeyki – pasmo górskie o długości ok. 600 km, ciągnące się wzdłuż Pustyni Atakama na północy Chile. Region bogaty w surowce i minerały, ale rzadko odwiedzany przez turystów i alpinistów, mimo że obfituje w szczyty przekraczające nawet 6000 m wysokości.
    * Góry Strzeleckiego – niewielkie pasmo górskie w południowo-wschodniej Australii, w stanie Wiktoria. Najwyższy szczyt tego pasma pewien angielski badacz nazwał Górą Zmęczenia, krótko opisując dokonania Polaka: „Tylko brak wody i żywności mógł Strzeleckiego zawrócić z drogi”.
    * Góry Strzeleckiego – pasmo górskie na wyspie Flindersa leżącej na południe od Australii
    * Kamień Czerskiego – niewielka góra nad Bajkałem
    * Pasmo Czerskiego – pasmo górskie w łańcuchu gór Chamar-Daban
    * Pik Czerskiego – góra położona w górach Chamar-Daban, na południe od Bajkału (2090 m n.p.m.)
    * Przełęcz Czerskiego – przełęcz w górach Chamar-Daban
    * Przełęcz J. Toeplitz-Mrozowskiej – niewielka przełęcz w Pamirze, w pobliżu Jeziora Rozkul
    * Pueblo Domeyko – małe miasteczko zamieszkane przez 1800 mieszkańców, na granicy regionów Atakama i Coquimbo. Dawna osada górnicza, zwana w latach 1932-1947, z uwagi na bogate złoża złota, srebra i miedzi, „Kalifornią w miniaturze”.
    * Pustynia Strzeleckiego – niewielki fragment pustyni w środkowej Australii
    * Rezerwat Strzeleckiego – regionalny rezerwat przyrody w Australii
    * Równina Domeyki – rozległa równina w pobliżu Antofagasty, granicząca z Górami Domeyki
    * Rzeka Strzeleckiego – niewielka (190 km długości) okresowa rzeka w środkowej Australii, wpadająca do jeziora Blanche
    * Stanowisko Czerskiego – stanowisko archeologiczne na Syberii, na terenie którego zbadano osiedla ludów pierwotnych
    * Stojanka Czekanowskiego – niewielkie miasteczko na Syberii, w którym w 1873 r. przebywał Czekanowski
    * Strzelecki Town – niewielkie miasteczko w Australii, niedaleko Korumburra
    * Wodospad Czerskiego – wodospad na rzece Chorek w dorzeczu Angary
    * Wulkan Czerskiego – wygasły wulkan w Dolinie Tunkińskiej


Nie tylko nazwy geograficzne

Amonit Domeyki (Ammonites Domeykanus) – nazwa jednego z gatunków amonitów znalezionych przez Domeykę w regionie Atakama, nadana przez francuskiego paleontologa Dufrenoya.

    * Canis Domeycoanus – jedna z odmian lisa chilijskiego
    * Domeykodactylus ceciliae – gatunek prehistorycznego pterodaktyla zbadany w Kordylierze Domeyki w 2000 r.
    * Leperditia Czerskii – prehistoryczny skorupiak, którego szczątki także pochodzą ze wschodniej Syberii
    * Osteolepis Tscherskii – prehistoryczny gatunek ryby, odkryty we wschodniej Syberii
    * Polyptchites Tscherskii – jeden z gatunków amonitów, odkryty na terenie wschodniej Syberii
    * Strzelecki Koala – podgatunek koala, zamieszkujący Góry Strzeleckiego